Strefa Mamy

Małe ssaki

Kiedy urodziły mi się dzieci, automatycznie moje zasoby energii opadły do minimum.              Pierwszy syn nie chciał się ze mną „cycać”, nie chciał kaszek ani mleka modyfikowanego, pluł tym na odległość. Moje próby przystawiania go do piersi zakończyły się trzeciej doby w szpitalu, w chwili kiedy nawał pokarmu mało nie rozerwał mojej klatki piersiowej, a mojemu synkowi ani trochę cycek nie kojarzył się niemowlęcym bufetem i ulgą dla mamusi. Ponieważ mój pierworodny urodził się 10 lutego, na walentynki od świeżo upieczonego tatusia dostałam coś z biżuterii i LAKTATOR ELEKTRYCZNY.

Nie do opisania ulga, kiedy wypompowałam z siebie 250 ml mleczka, które następnie zostało pochłonięte przez noworodka w rekordowym tempie. Ulga nie trwała długo, ponieważ laktator          i apetyt maluszka doprowadził do rozbujania mojej laktacji do takiego stopnia, że przez całą dobę  co 45 minut przez pierwsze 4 miesiące w mieszkaniu słychać było tylko brzęczenie maszyny ssącej.  W późniejszym okresie tylko co 3 godziny, co nadal urozmaicało mi dzień. Do tej pory moi znajomi śmieją się ze mnie i kojarzą mnie z tego okresu w roli matki, która w torbie oprócz pieluch nosiła ze sobą laktator, kabelek i zapasowe baterie. W skład zestawu wchodziła również wysterylizowana butelka szczelnie zabezpieczona przed światem zewnętrznym, wraz ze smoczkiem i pokryweczką.

Na dłuższe podróże zainwestowaliśmy nawet w przetwornicę do samochodu, bo baterie jak to baterie – dłuższe bzyczenie laktatora mordowało je w rekordowym tempie. Historia ta miała swój koniec w 8 miesiącu picia matczynego mleka przez moje dziecko, które zaczęło rzucać się na słoiczki i wszystko co mu pod rękę podeszło.

Przy drugim dziecku wszystko wyglądało inaczej. Mój drugorodny ledwo się urodził, od razu czołgał się po moim brzuchu do cyca i wpompowywał w siebie wszystko co udało mu się wyssać. Ssał mnie przez 1,5 roku i był dla mnie rekompensatą za brak cycania z pierwszym dzieckiem. Po kilku miesiącach dwulatek kontynuował nocne wizyty w naszym łóżku, przechodząc przez przyklejonego na stałe do mojego cycka niemowlęcia. Zmęczenie i ciągły brak snu doprowadziło do tego, że spanie dziecka przy cycku stało się codziennością, a raczej „conoccością”. Budził się 5 razy w ciągu nocy kiedy orientował się, że sutek wypadł mu z ust! Zatykałam mu czym prędzej aparat ssący ukochanym „cycy”, a wszystko po to, by złapać kolejną godzinkę drzemki. Za dnia urozmaicał menu kaszkami i słoiczkami, cyc jednak nadal był dla niego oznaką bezpieczeństwa i wyrazem miłości od i do  rodzicielki. Do tej pory, a ma już 2,5 roku szuka pod bluzka, tuli i głaszcze to co tak kocha i co towarzyszyło mu od pierwszych chwil po narodzinach.

Głaskanie natomiast zostało mu nadal. Głaszcze wszystko zawsze gdy usypia. Jest to bardziej komfortowe niż sposób na usypianie pierwszego dziecka. On kochał smoczki, kochał je do tego stopnia, że potrafił wsadzić jeden lub dwa do buzi i kręcić nimi nawet kilkanaście sekund. W pewnym momencie mając około roku zaczął nawijać na zaśliniony smoczek moje włosy i całość pchać do buzi. Ssał ten smoczek z moimi włosami ciągnąc smoczek z włosami i moja głowę w kierunku swojej twarzy. Miłość do włosów została mu do tej pory.

Te przeżycia dla moich koleżanek, które dzieci nie mają mogą wydawać się koszmarem, ale zapewniam – mimo zmęczenia i nieprzespanych nocy, nie oddałabym nawet sekundy! Małe ssaki kiedyś dorosną i znajdą inne obiekty westchnień – w przypadku mężczyzn już wiem skąd u zdecydowanej większości miłość do „cycy”.  Cycajcie się drogie mamusie jak najdłużej i miejcie z tego satysfakcję.

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*